5 maj 2015

Winter is comming

     Ostatnio wkręciłam się w serial. Nie byle jaki, bo taki z charakterem, duszą i osobowością. Inny, niepowtarzalny, nietypowy - czyli taki jakie lubię najbardziej. Jedni z jego bohaterów zawsze powtarzają "Winter is coming" (pl. nadchodzi zima) co oznacza tyle, że zawsze może być gorzej. I jest. Jest gorzej niż było. Może kiedyś będzie lepiej? Tego nie wiem. Wiem jednak, że sporo przeszłam przez ostatnie lata. Nie zawsze były to cudowne rzeczy choć i takie doświadczenia warto wspomnieć. Jednak to upadki uczyniły mnie tym kim jestem teraz. 

     A kim jestem? Czasem się nad tym zastanawiam i dochodzę do dość smutnego wniosku. Mianowicie, że chyba nie do końca znam samą siebie. A skoro ja się nie znam, to jak ktoś inny może mnie znać? "Chcesz to myśl, że znasz mnie na pamięć, co za brednie; nie wiem jak to jest możliwe, ledwie znam samą siebie" - i to prawda, bo znam się ledwie. Wiem gdzie są granice mojej wytrzymałości, wiem co mnie denerwuje, co mnie rozwesela, kto jak na mnie wpływa, co mnie bawi, co mnie smuci, co mnie przytłacza. Wiem, że zawsze stać mnie na więcej niż początkowo sobie wyznaczam. Jestem leniwa, ale kiedy się na coś uprę, to wytrwam w tym do końca.
      Znam smak porażki, wielokrotnie jej smakowałam. Znam smak małych sukcesów, na większe jeszcze nie miałam okazji. Wiem jak to jest być rozczarowanym kimś i jak to boli kiedy kogoś rozczaruję.
       Wiem w co wierzę i za co oceniam ludzi. Tak, oceniam bo tak na prawdę wszyscy oceniamy. Wy oceniacie mnie za treść tego bloga, za to jak wygląda, co na nim publikuję, Ja też was oceniam po waszych blogach, zdjęciach, doświadczeniach którymi się dzielicie.
       Uważam się za osobę tolerancyjną, ale czy na pewno nie powiewa to hipokryzją? W końcu nienawidzę cyganów. To chyba nie świadczy najlepiej o mojej tolerancyjności.
      Uważam też, że jestem kreatywna, tylko dlaczego w takim razie nie potrafię od miesięcy napisać żadnego tekstu, choć kotłuje się we mnie tyle emocji, które aż proszą się by je wykrzyczeć? Kogo pokazuje kiedy idę do pracy? Kim jestem kiedy mnie mijasz? Kogo widzą, moi rodzice, gdy widuję ich w domu? Jaka jestem dla moich czytelników?

      To wszystko są dobre pytania na które nie jestem sobie w stanie odpowiedzieć. Tak na prawdę wiem, że jestem sobą. Chaotyczną, bezczelną dziewczyną, która ma dość nietypowe poczucie humoru. Pali mosty, ale potrafi przeprosić i przyznać się do błędów. Podnosi się po porażkach silniejsza o nowe doświadczenia. Czas i ludzie jednak sprawiają, że wciąż się zmieniam. Nie wiem czy na lepsze, czy może na gorsze. Zależy jak ktoś mnie widzi. Mam wiele twarzy, ale nie chodzi tu o bycie dwulicową. Może nazwijmy, że mam różne oblicza. Tak właściwie czemu to piszę? Sama nie wiem. Czasem mam takie myśli, które chciałabym wyrzucić z siebie bo osobiście nie popieram duszenia w sobie emocji. To najgorszy z możliwych sposobów. Trzeba czasem je wyrzucić, podzielić się z kimś zaufanym. Ułożyć sobie to wszystko w jedną całość albo chociaż spróbować to zrobić. Nie dźwigać ciężaru, nie ciągnąć kotwicy, która może nas zaprowadzić na samo dno.


      Dziś trochę inaczej piszę, bo refleksyjnie. Gdyby komuś chciało się zasięgnąć do początków tego bloga, zauważyłby, że kiedyś bywało tu tak częściej. Może z czasem do tego wrócę? Dzisiaj miałam po prostu trochę melancholijny nastrój, myśli były w podobnym stanie.

Well I didn't tell anyone but a bird flew by,

Saw what I'd done,
He set up a nest outside,
And he sang about what I'd become,
He sang so loud, he sang so clear,
I was afraid all the neighbours would hear,
So I invited him in just to reason with him,
I promised I wouldn't do it again



But he sang louder and louder inside the house,
And now I couldn't get him out,
So I trapped him under a cardboard box,
Stood on it to make it stop,
Picked up the bird and above the din,
And said that's the last song you'll ever sing,
Held him down, broke his neck,
Taught him a lesson he wouldn't forget