17 mar 2015

Recenzja: 50 twarzy Greya - film!

   
     Hey kochani! W sumie to nie wiem co się wydarzyło przez ostatnie dwa tygodnie, ale wzięło się Was od groma nie wiadomo skąd i w sumie to jestem w lekkim szoku, że ostatni post miał taki odzew. Jak odczuwacie nadchodząca wiosnę? Ja w 100% od ostatnich kilku dni. Za oknem jest piękna pogoda, a na dworze słychać zewsząd ptasie trele. I jak tu nie być niezadowolonym?
Tak, dzisiejszy post miał być o czymś innym, ale jednak zdecydowałam się na coś innego prawie w ostatniej chwili.

Wiecie, że długo czekałam na premierę tego filmu, na którą w sumie nie poszłam do kina. Obejrzałam film po trzech tygodniach w internecie i choć bardzo chciałam tego uniknąć to jednak się stało. Dziś pewnie większość z Was owy film obejrzało i ma już wyrobioną opinie na jego temat, ale jednak postanowiłam dodać od siebie trzy grosze w tej kwestii.
     No więc na film czekałam prawie dwa lata, czyli mniej więcej od kiedy przeczytałam całą trylogię. Recenzję możecie oczywiście przeczytać tutaj i tutaj. Zanim jednak przejdę do rzeczy, krótki skrót na temat tego, o czym jest film.

     Film jak i książka opowiada o historii dwojga ludzi, którzy nie tyle co się w sobie zakochują. Miłość to owszem wątek główny, ale to też historia pokonywania pewnych barier, przezwyciężania swoich słabości, docierania do pewnych granic. Główni bohaterowie w tej miłosnej grze próbują poznać się wzajemni, ale w tej drodze poznają również samych siebie. W tej podróży towarzyszy im wiele przeszkód, które utrudniają im wspólną relację. Okazuje się, że pewne przeszkody jest trudno ominąć.
     Wiele razy wyobrażałam sobie jak będą wyglądać poszczególne sceny filmu. Zanim jeszcze oficjalnie obwieszczono obsadę, bardzo chciałam, żeby Christiana zagrał nie kto inny jak sam Matt Bommer, a Anastasią była Alexis Bledel. Niestety w obu przypadkach się pomyliłam.

     Kiedy okazało się, że Greya zagra Jamie Doran to pomyślałam tylko "No dobra, niech będzie", ale zanim nie obejrzałam filmu nie mogłam się jakoś przekonać do Dakoty w roli Anasiasii. Wyobrażacie sobie jak mile byłam zaskoczona jak pięknie odegrała swoją rolę w filmie, kiedy wreszcie go obejrzałam? Na prawdę zupełnie się nie spodziewałam, że tak dobrze to odegra. Każdy grymas twarzy bohaterki, emocje i przeżycia były przez nią na prawdę dobrze pokazane. Zupełnie jak sobie to wyobrażałam. Wielki szacunek, że przełamała się do scen praktycznie rozbieranych i potrafiła się obnażyć. Wbrew pozorom nawet jak na aktorkę uważam to za trudne zadanie (chyba, że jest się gwiazdą porno). Jedyne co mi się nie podobało przy postaci Anasiasii to ciuchy, które w ogóle nie oddawały jej charakteru. Miałam wrażenie, że lepiej wyglądała w flanelowej roboczej koszuli w pracy niż w tej, którą dobrał jej Taylor.
   
     Jamie też odwalił kawał dobrej roboty. Był uwodzicielski, bezpośredni i szarmancki - jak na Grey'a przystało. Choć mówiąc szczerze wolę go w wersji z zarostem niżeli bez niego. Każdy jego krok i mimika twarzy idealnie oddawały charakter granej przez niego postaci. Czy nie tak wyobrażałyście sobie Pana "Szarego"? Tajemniczy, pewny siebie, a niekiedy bezpośredni - zupełnie jak w książce.

     W filmie zabrakło mi kilku ciekawych scen, ale niektóre na prawdę mi się spodobały jak chociażby ta na początku w klubie. Z drugiej strony rozumiem, że reżyserka nie chciała z tego zrobić regularnego porno. Zwłaszcza, że ciążyła na niej ogromna presja związana z oczekiwaniami jakie fani trylogii mieli wobec ekranizacji.
      Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłam uwagę właściwie po komentarzu mojej koleżanki. Muzyka, która choć do filmu dobrana dobrze, znalazła się niekiedy w scenach, do których zupełnie nie pasowała. Czy Wy też to zaobserwowaliście? Ja nie od razu, ale rzeczywiście w niektórych miejscach faktycznie tak jest.
     Spotkałam się z opinią, że książka jest dla takich nastolatków, którzy jeszcze niewiele doświadczyli w życiu. Nie, nie zgadzam się z tą opinią absolutnie. Uważam, że warto obejrzeć ten film. Czemu mi się spodobał? Nie wiem. Może dlatego, że gdzieś tam ciągle siedzi we mnie nieuleczalna romantyczka, którą ostatnio dosyć rzadko wypuszczam na światło dzienne i fabuła tej historii mnie na prawdę w pewien sposób urzeka. To coś innego niż jakieś tam harlequiny z oklepanym schematem fabuły. Historia jest na prawdę pięknie przedstawiona w ekranizacji: zmysłowo, romantycznie, a niekiedy w zaskakujący sposób.



Polecam obejrzeć głównie fanom trylogii i dobrego romansu. 

Kto oglądał? Jak wrażenia?