23 lis 2014

Beata Pawlikowska "Podróżuj, módl się i kochaj" czyli blondynka na Bali

Taksówka za dwieście tysięcy rupli, pokój hotelowy z żarówką nad łóżkiem i wiatrakiem, który w hipnotyzujący sposób rozgarnia ciepłe powietrze wokół. Tropikalne powietrze wdzierające się do pomieszczenia wynajętego pokoju. Jedna z najsłynniejszych plaż - Kuta - słynąca z doskonałego miejsca dla surferów oraz z balijskich, czekoladowych i umięśnionych mężczyzn zwanych "Kowbojami z plaży". Ten inny, wręcz nierealny stan, bo w indonezyjskich tropikach nie ma pogoni za czasem, pieniędzmi, interesami czy niezałatwionymi sprawami. Żyje się tu i teraz. Po prostu płynie z prądem. 
       Beata słowami próbuje przelać nam na papier przeżycia, widoki tamtejszych miejsc, ale myślę, że nie oddają tego stanu nawet słowa. Jak wiele w życiu, to po prostu trzeba przeżyć samemu.  Dziś napiszę recenzję trochę inaczej niż zwykle. Zamiast opowiadać Wam o tym co zajdziecie w książce, oddam głos Beacie, która zrobi to lepiej ode mnie. 

       Jesteśmy na niewielkim lotnisku w Kuta. Po otworzeniu drzwi samolotu czujemy na skórze wilgoć tropikalnego powietrza. Następny krok - znaleźć taksówkę i ruszyć do najbliższego hotelu. Oczywiście pierwsze pytanie do nieznajomego kierowcy brzmi How much?

     ,,- How much? - powtórzyłam - ile?
       - Two hundret - powiedział niewyraźnie.
       - Two hundret? - powtórzyłam trochę bezradnie, usiłując przywołać w pamięci kurs, po jakim wymieniłam przed chwilą na lotnisku dolary. 
(...)
    - Yes.
    - Two hundret ? - zapytałam jeszcze raz, bo słowa te zabrzmiały dziwnie nieprawdopodobnie.
    Two hundret, czyli dwieście. Po ile wymieniłam dolary? Po osiemdziesiąt osiem, ale... Osiemdziesiąt osiem? Osiemset osiemdziesiąt? Osiem tysięcy osiemset?... A może osiemdziesiąt osiem tysięcy? Sięgnęłam do kieszeni po notatnik. Zawsze zapisuję takie rzeczy. Osiem tysięcy osiemset. Dwie ósemki i dwa zera, bez wątpliwości. To jeden dolar. 
    - Two hundret ruppes? - spojrzałam na kierowcę. - dwieście rupli?
    Wow, najtańsze taksówki na świecie. Wychodzi... Eee, wychodzi... No, jakieś kilka centów za kurs. To jakieś pięćdziesiąt groszy. Super. 
    - Two hundret thousand - odpowiada kierowca, błyskając w ciemności oczami. Dwieście tysięcy rupli. To zmienia postać rzeczy. (...) Dwadzieścia dolarów? Czyś pan z byka spadł? Przecież to jest bardzo blisko, a Bali to jedno z najtańszych miejsc na świecie." 

    Nastaje kolejny, piękny i zaskakujący dzień, bo zupełnie nie wiesz co ci przyniesie. Masz tylko plan, do którego trzeba jakoś dojechać. Chcesz poczuć smak tutejszego życia, wtopić się w tłum, a nie być kolejnym turystą z luksusowego hotelu, który wygodnie się wozi i wyróżnia z tłumu. Dlatego preferujesz lokalny transport.

   ,,  - Chce pojechać lokalnym bemo, które pewnie odjeżdżają o świcie. Ale skąd?
       - Lokalne bemo?... Transport publiczny?... No have. Nie ma - odpowiada jak automat pan z informacji. 
       - A co jest? - pytam zrezygnowana? 
     - Shuttle bus - mówi radośnie. Jutro o jedenastej rano. W którym hotelu jesteś?
        - Barlian.
     - O jedenastej będzie czekał przed hotelem, Sześćdziesiąt tysięcy.
        - Rupii? - upewniam się. Chyba nic by mnie już nie zaskoczyło, nawet to, że turystyczny bus do miejscowości oddalonej o trzydzieści kilometrów kosztuje sześćdziesiąt tysięcy dolarów. 
        - Of course - przytakuje dobrodusznie tubylec.
    Kupuję bilet, płacę i wracam do hotelu. Nic nie rozumiem. "

     Dość trudno jest mi pisać, o czymś czego nie dotknęłam, nie przeczytałam, ni nawet nie obejrzałam. Oczywiście mowa tu o Ketucie Liyer, jednym z głównych bohaterów książki i filmu o tym samym tytule "Jedz, módl się i kochaj". Jakoś nigdy mnie to nie przyciągało, ale po lekturze Beaty nie jestem w stanie po nią nie sięgnąć

       "Witaj w moim domu. Ketut Liyer - przeczytałam pod stopami. Napis był ułożony z białych kamyków. Na drzwiach wisiał mały plakat z Julią Roberts i Javierem Bardemem, reklamujący film "jedz, módl się i kochaj". Ciekawe jak wyglądało to miejsce kilka lat temu, zanim Ketut stał się słynny. Nie było pewnie ani powitalnej tablicy, ani mozaiki na ziemi, a kolumny pewnie też nie były tak lśniąco czerwone. "

Do "szamana" ciągnie się sznur ludzi, z czego niektórzy przybyli tu jak nasza bohaterka z bardzo daleka. Wszystko po to by poświęcić 15 minut z życia ( z czego jakieś 3 godziny stania w kolejce) na to aby słowa szamana sławnego z filmu być może odmieniły ich życie. Każdy przyszedł tu po coś. Miał konkretny cel i zamiar, ale czy inni jak nasza Beatka nie tylko pozwolili mu wejrzeć w głąb siebie, ale sami przyglądali się osobie starego szamana? Niestety nie zdradzę Wam do jakich wniosków doszła. Musicie sami się o tym przekonać, no i sam fragment zawierający ich rozmowę jest warty uwagi. 

       " -Najlepsza na świecie? - zapytałam z powątpiewaniem. W filiżance pachniała czarna kawa. Nie wyróżniała się w żaden szczególny sposób - ani wyjątkowym aromatem, ani konsystencją. Była normalną, czarna, gorącą kawą. O nie, przepraszam. Normalna nie była na pewno. 
         - I najdroższa na świecie .
         - I robiona z nasion kawy wydłubanych z kupy? - przypomniałam sobie. 
         - Tak jest - zgodził się poważnie kelner w nieskazitelnie białej koszuli. 
          Zachichotałam. "

Ja też bym pewnie zachichotała. Nie, nawet być może wybuchłabym śmiechem, choć w takich miejscach nie przystoi. Ale fakty są faktami, a ja sama byłam w szoku, kiedy o tym przeczytałam. Jak to się dzieje i czy to prawda? Wiecie chyba, że Wam tego do koca zdradzić nie mogę, bo zepsułabym Wam niespodziankę. 


      Na koniec powiem tylko, że jeśli chcielibyście na chwile oderwać sie od rzeczywistości i przenieść w nieco cieplejsze klimaty ( zważając, że u nas za oknem zimno jak... ) to polecam Wam tą książkę. Z innej strony - nie zaznaczyłam tego na początku ) - tak właściwie mam jej tylko część, którą upatrzyłam sobie w jednym z magazynów jako dodatek i od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Jeśli ktoś przeczytał, niech da znać jakie są jego odczucia po tej lekturze. 



!!!UWAGA!!!
Teraz będzie trochę autopromocji, ale myślę, że kilka zdań na ten temat Was zainteresuje. 

Po pierwsze Nielegalna-strefa od jakiegoś czasu ma fan page na facebooku. Jeśli chcecie być na bieżąco, wiedzieć nad czym dla Was pracuję to zapraszam do polubienia. Zamieszczam tam też  czasem takie rzeczy, których tutaj nie znajdziecie, dlatego jeśli lubicie tutaj bywać kliknijcie lubię to. Możecie to zrobić spoglądając w prawą stronę i najeżdżając w okienko facebook'owe, które tu zamieściłam. Inna opcja to po prostu przeniesienie się na stronę przez niżej podany link:


Przy okazji mojego posta na temat biżuterii, którą robię nie chciałam Wam udostępniać żadnego miejsca, w którym się ona znajduję. Mówiłam wtedy, że myślę nad zmianą nazwy, nad logiem i nad wszystkim co tego dotyczy. Teraz oficjalnie mogę się pochwalić, że wybrałam już nazwę, która idealnie pasuje do mojego zamysłu, także nawet do mojej osoby. Loga jeszcze nie posiadam, to już trochę cięższy temat, ale będę pracowała nad tym w wolnych chwilach.  Mimo to serdecznie Was zapraszam do polubienia Imagine Stuff klikając w poniższy link :

I M A G I N E - S T U F F

https://www.facebook.com/pages/Imagine-Stuff/469377403200401?ref=hl


Słowem wyjaśnień, niewiele jeszcze tam zamieściłam, ale niebawem pojawi się sporo nowości, a także świątecznych modeli, które myślę, że mogą przypaść Wam do gustu albo być dobrym prezentem dla kogoś. Póki co będę sprzedawała produkty na swoim osobistym allegro, ale to wszystko będzie zależało od ilości zamówień. Zapraszam do obserwowania!

Miłego dnia kochani!