13 sie 2013

London pt. 2



Komunikacja miejska w Londynie już pierwszego dnia została przeze mnie znienawidzona. Dwie godziny autobusami(busami) i tramwajem(tramem) na miejsce zamieszkania mojej rodziny? Istny horror tułać się w dwupiętrowych, czerwonych busach, które jadąc bujają się prawie jak w filmie Harry Potter. Tłumy spoconych ludzi, żar nie do zniesienia, bark klimy. Boże zmiłuj się nad nami.  W poszukiwaniu pracy razem z moją kuzynką wyruszałyśmy z  domu wczesnym rankiem tylko po to by tłuc się  busami po dwie godziny w inną, odległą część miasta i tyle samo zajmował nam powrót w wyniku czego w domach byłyśmy późnym popołudniem.

Z czasem przywykłam do tak długach "podroży". Idąc śladem miejscowych, odcinałam się od tego dzięki muzyce czy literaturze. Można bowiem dostrzec, że  rzadko kiedy ktoś nie miał przy sobie książki w formie żywej lub elektrycznej, czy jakiego kolwiek odtwarzacza muzyki by jakoś przetrwać podróż do swojego miejsca docelowego i tym samym zabić czas.  W końcu, gdy znalazłam pracę, dojazd do niej trwał ok. 25 min maksymalnie i to tylko tramem. W czasie czego zdążyłam przeczytać dwie książki(recenzje niebawem).


Jeśli chodzi o łapanie miejskiej komunikacji to powinnam wspomnieć dla przyjezdnych na stałe lub też turystów o paru istotnych sprawach, które mogą być wam przydatne.

  •  Busy w Anglii nie podjeżdżają pod każdy przystanek ,no bo po co jeśli nikt z niego nie ma zamiaru wsiadać ?Marnuje wtedy czas!
  •  Dlatego aby kierowca wiedział, że chcecie  wsiąść, to zupełnie jak na taxówki w Nowym Yorku- trzeba wyciągnąć rękę- ot wszystko. 
  •  Kiedy jesteście blisko  przystanku, na którym macie wysiąść pamiętajcie o powyższym i co wtedy?
  • Otóż to- naciskacie czerwony guzik stop, który oznajmi kierowcy, że pasażer chce wysiąść na najbliższym przystanku. 


Do I look like...? O.o

Tramwaj czy bus to miejsce, gdzie my Polacy, którzy tak bardzo lubimy krytykować, oceniać, obgadywać czy też po prostu patrzeć, mielibyśmy pożywkę do rozmów na temat wyglądu i ubioru innych ludzi. To, że Londyn jest jak  "mieszanka Wedlowska" różnych kultur, subkultur, ludzi o przeróżnym kolorze skóry czy religii, wiadomo nie od dziś. Jednak my polaczki tak nieprzyzwyczajeni do tak wielkiej ilości "ciemnych , mulatych, ciapatych, żółtych " ludzi (proszę tego nie odbierać w sposób rasistowski,jestem tolerancyjną osobą!) możemy czuć się z początku nieswojo. Czy tak było ze mną? Nie, pisałam przecież przed chwilą, że jestem tolerancyjna;).

Co do ubioru to jak wspomniałam wcześniej można by mieć niezły temat do rozmowy. Jednak będąc w kraju, gdzie nikt nikomu na ręce nie patrzy, sami z czasem zostajemy wciągnięci przez tamtejsze zwyczaje. Jeśli chodzi o mój przypadek to z dziewczyny, która nie wyszła z domu bez umalowanych oczu(choć i tak ubogo:kredka+tusz do rzęs),bez niezaprasowanej bluzki czy koszuli, bez niewyprostowanych włosów musiałam nagle pominąć te wszystkie aspekty praktycznie natychmiast. I może warunki mnie do tego zmusiły, ale wyszło mi to na dobre. Oczywiście po powrocie nadal prasuję ciuchy, nadal się maluję, ale nie przywiązuje do tego już tak wielkiej uwagi jak przed wyjazdem.
 Tam? Wsiadając do tramwaju możesz zobaczyć dziewczynę, która być może wstała dziesięć minut temu, teraz dopiero malującą się na szybko i rozczesującą kołtuny, które powstały na jej głowie przez noc.
    Kogo to obchodzi, że wracasz w brudnych, roboczych ubraniach ? Nikogo!
    Kogo obchodzi, że przed chwilą cały wodny lód,którego jadłaś przed chwilą upaćkał ci świeżo wypraną         sukienkę?Nikogo! 
    Kogo interesuję, że masz dziurkę w bluzce? Zupełnie nikogo?
    Kogo to obchodzi, że jest 35 stopni C, on chodzi w zimowej kurtce, a ona w zimowych                           kozakach(przypadek widziany najczęściej wśród czarnoskórych)?NIKOGO!
Tak więc, gdy poszłam w sprawie pracy do jednej z restauracji czy raczej kawiarenek w świeżo wypranej,  nieskazitelnie białej bluzce małego, skarłowaciałego Wietnamczyka(przynajmniej tak wyglądał) nie obchodziło, że rzucając mnie na próbne dwie godziny na zmywaku się ubrudzę. Praca to praca. I nie, nie dał mi żadnego fartucha i nawet nie miałam w co rak wytrzeć- po za nieskazitelnie biała bluzką!Spokojnie, nie użyłam jej.

(Spider Man)
Jest jeszcze coś odnośnie wyglądu, a mianowicie kompleksów. Coś co często wielu z nas spędza sen z powiek. Każe nam przechodzić dna diety, zaprowadza do chirurgów plastycznych,nakazuje krygować swoje wady itp. Mały, diabelski, szyderczy chichot, który siedzi w naszych umysłach. I patrząc w lustro widzimy jego twarz podobną do naszej, ale bardziej krytycznie nastawioną. Z grymasem na ustach i prześmiewczymi komentarzami, od których czujemy jakbyśmy dostawali po twarzy. Londyn to faktycznie miejsce, które sprawiło,ze po prostu pozbyłam się kompleksów. Choć w sumie nie miałam ich zbyt wiele,ale jeśli już jakieś, to zostały zdetronizowane! Jednak to nie tylko Londyn. Każde inne miasto, inny kraj, gdzie wygląd ludzki nie jest tematem wśród plotkar itd. Nie patrzysz już na siebie krytycznym okiem myśląc o tym  co ludzie pomyślą. Myślisz "To moja sprawa, nie wasz interes..." lub po prostu "Kogo to obchodzi" i idziesz dalej/uśmiechnięty/a.